Wydawał się mieć co najmniej sześćdziesiąt pięć lat, chociaż jego energiczna postawa wskazywała, że był młodszy od swego wyglądu, który nadało mu wieloletnie więzienie.

Entuzjastyczne przyjęcie ze strony młodzieńca sprawiło mu pewną przyjemność. Wydawało się, jakby jego zlodowaciałe serce na chwilę ogrzało się i roztajało, zetknąwszy się z tą gorącą naturą. Podziękował Edmundowi dość ciepło za serdeczność, mimo wielkiego rozczarowania, jakiego doznał, natykając się — zamiast na wrota do wolności na następną celę.

— Przekonajmy się najpierw — rzekł — czy można będzie ukryć przed naszymi dozorcami ślady tego przejścia. Nasz spokój w przyszłości zależy od tego, aby się nie domyślili, co tu się stało.

Pochylił się nad otworem, podniósł kamień z łatwością pomimo jego ciężaru i zakrył nim otwór.

— Dość nieumiejętnie wyrwałeś pan ten kamień — rzekł, kręcąc głową. — Nie miałeś narzędzi?

— A pan? — zapytał zdziwiony młodzieniec. — Pan je ma?

— Zrobiłem sobie kilka. Oprócz pilnika mam wszystkie, jakich potrzebuję — dłuto, obcęgi i lewarek.

— Ach, jakżebym chciał zobaczyć te owoce pańskiej cierpliwości i pomysłowości!

— Spójrz, oto moje dłuto.

I pokazał mu mocne i spłaszczone na końcu ostrze, oprawne w trzonek z dobrze obrobionego bukowego drzewa.