— Jakimże sposobem?
— Oddzielam tłuszcz od mięsa, które mi przynoszą; topię go i otrzymuję zeń coś w rodzaju gęstej oliwy. Patrz, oto moja świeca.
I ksiądz pokazał Dantèsowi coś na kształt lampki oliwnej, podobnej do tych, jakich używa się w czasie publicznych iluminacji.
— A skąd ogień?
— Oto dwa kamyki — i kawałek spalonej koszuli.
— Ale zapałki?
— Udałem, że mam jakąś chorobę skórną, poprosiłem o siarkę i dano mi ją.
Dantès położył wszystkie te przedmioty na stole i spuścił głowę, przygnieciony wytrwałością i siłą tego umysłu.
— To jeszcze nie wszystko — mówił Faria. — Nie można chować wszystkiego w jednym miejscu; zamknijmy najpierw tę skrytkę.
Położyli płytę na swoim miejscu; ksiądz przyprószył ją nieco piaskiem, zatarł nogą, aby ślad nie pozostał po najmniejszej szczelinie, po czym podszedł do łóżka i odsunął je.