Chory nie mógł jeszcze ani słowa wymówić, ale z widocznym niepokojem wyciągnął rękę, wskazując na drzwi; Dantès nadstawił uszu i posłyszał z daleka kroki dozorcy. Nadchodziła siódma, a Dantès nie miał nawet kiedy policzyć czasu, skoczył szybko do otworu, zniknął w jamie, zasunął nad głową płytę posadzki i wrócił do siebie. Sekundę później otwarły się drzwi; dozorca zastał więźnia jak zwykle siedzącego spokojnie na łóżku. Zaledwie się odwrócił, ledwie na korytarzu ucichł odgłos jego kroków, Dantès, nie myśląc nawet o jedzeniu, dręczony niepokojem, wrócił do celi księdza.

Faria odzyskał już przytomność, leżał jednak ciągle nieruchomy i bezsilny na łóżku.

— Nie myślałem, że cię jeszcze zobaczę — rzekł do Edmunda.

— A to czemu? — zapytał młodzieniec. — Czy ksiądz naprawdę myślał, że umrze?

— Nie, ale wszystko gotowe było do ucieczki, myślałem więc, że uciekniesz.

Rumieniec oburzenia pokrył lica Dantèsa.

— Bez księdza! — zawołał. — Czy rzeczywiście ksiądz sądził, że byłbym do tego zdolny?

— Teraz widzę, że się omyliłem — odpowiedział starzec. — Ach, jestem taki jeszcze słaby, złamany, zniszczony!

— Niech ksiądz będzie spokojny, siły powrócą — mówił Dantès, siadając przy Farii i biorąc dłonie księdza w swoje dłonie.

Ksiądz pokiwał głową.