Dowódca spojrzał na statek kołyszący się na falach, z żaglami rozpostartymi już do połowy, gotowy do odpłynięcia, gdy tylko jego toaleta będzie zakończona.
— Cóż mam zrobić, Maltańczyku — rzekł — nie możemy cię tak zostawić ani nie możemy zostać.
— Jedźcie, jedźcie! — zawołał Edmund.
— Zabawimy najmniej tydzień w drodze — rzekł kapitan — a potem będziemy musieli zboczyć z kursu, aby cię zabrać z sobą.
— Posłuchajcie — powiedział Edmund. — Jeśli za parę dni spotkacie jakiś statek rybacki lub inny, który by płynął w tę stronę, polećcie mnie załodze; zapłacę im dwadzieścia pięć piastrów za odwiezienie mnie do Livorno. Jeżeli nie spotkacie nikogo, wrócicie sami.
Kapitan pokręcił głową.
— Posłuchajcie, szefie; na wszystko jest sposób — odezwał się Jacopo. — Odpływajcie, a ja zostanę opiekować się rannym.
— Jak to — spytał Edmund — zrzekasz się swojej części zysków?
— Tak — odpowiedział Jacopo. — I to bez żalu.
— Zacny z ciebie chłop, mój Jacopo — rzekł Edmund — i Bóg cię wynagrodzi za twoje dobre chęci, ale dziękuję, nie potrzebuję nikogo; parę dni odpoczynku postawi mnie na nogi, a spodziewam się, że w tych skałach znajdę zioła, które są doskonałe na kontuzje.