— Jak ksiądz sobie życzy — odpowiedział Caderousse.
I aby nie stracić sposobności sprzedania jednej z ostatnich butelek wina cahors, czym prędzej podniósł drzwiczki od piwnicy w podłodze parterowej izby, która służyła zarazem za kuchnię i jadalnię dla gości. Gdy powrócił po pięciu minutach, zastał księdza przy stole, wspartego na łokciu. Margotin, zawarłszy już z nim widać rozejm, słysząc, że — a rzadko to się tutaj zdarzało — ten niezwykły gość zamierza coś zamówić w karczmie, ułożył na jego udzie wychudły pysk i spoglądał nań tęsknie.
— Mieszkasz pan tutaj sam? — spytał ksiądz, gdy gospodarz stawiał przed nim butelkę i szklankę.
— O tak, Mój Boże! Tak, to jest prawie sam, bo żona jest ciągle chora, niewiele mi może pomóc.
— Jesteś więc pan żonaty? — rzekł ksiądz z pewnym zainteresowaniem, obrzucając badawczym wzrokiem lichy dobytek tego ubogiego stadła.
— O tak, widać, że bieda u nas, nieprawdaż? — westchnął Caderousse. — Lecz co robić, nie wystarczy być uczciwym, aby się szczęściło na świecie.
Ksiądz wlepił w oberżystę przenikliwy wzrok.
— A tak, uczciwym; tym przynajmniej mogę się chwalić — mówił gospodarz, wytrzymując odważnie spojrzenie księdza, kładąc ręce na piersi i kiwając potwierdzająco głową. — W naszych czasach nie wszyscy mogą to o sobie powiedzieć.
— Tym lepiej, jeżeli oczywiście to, co mówisz, jest prawdą — powiedział ksiądz. — Jestem bowiem gruntownie przekonany, że prędzej czy później cnotliwy otrzyma nagrodę, a zły karę.
— Ksiądz tak mówi, bo musi tak mówić z urzędu — odrzekł z goryczą Caderousse — nam zaś wolno temu nie wierzyć.