Pierwszy to raz Morrel powiedział do córki „tak sobie życzę”, ale wyrzekł te słowa z tak wielką, ojcowską serdecznością, że Julia nie śmiała postąpić ani kroku.
Pozostała na miejscu niema i nieruchoma; nagle otwarły się drzwi, objęły ją czyjeś ręce i ktoś ucałował ją w czoło.
Podniosła oczy i krzyknęła z radości.
— Maksymilian! Braciszku!
Na ten okrzyk przybiegła pani Morrel i rzuciła się synowi na szyję.
— Matko — odezwał się młodzieniec, wpatrując się na przemian to w matkę, to w siostrę. — Cóż się tu dzieje? Wasz list przeraził mnie i oto jestem.
— Julio — rzekła pani Morrel, dając synowi porozumiewawczy znak. — Idź i powiedz ojcu, że przyjechał Maksymilian.
Dziewczyna wybiegła, ale na pierwszym stopniu schodów natknęła się na jakiegoś człowieka, który trzymał list w ręku.
— Czy może panna Julia Morrel? — zapytał z mocnym włoskim akcentem.
— Tak, proszę pana — wyjąkała Julia. — Ale czego pan chce ode mnie? Nie znam pana.