— Cśśś! — rzekł właściciel. — To ognisko.
— A mówiłeś, że wyspa jest niezamieszkana.
— Mówiłem, że nie ma tu stałych mieszkańców, ale powiedziałem też, że zawijają tu przemytnicy.
— I korsarze?
— I korsarze — powtórzył Gaetano. — Dlatego też kazałem ominąć wyspę, bo teraz, jak wielmożny pan widzi, ogień został za nami.
— Ale to ognisko — ciągnął Franz — wydaje mi się raczej gwarancją bezpieczeństwa niż powodem do obawy; gdyby to byli ludzie, którzy się lękają, by ich ktoś nie zauważył, nie rozpalaliby ognia.
— O, to nic nie znaczy — odparł Gaetano. — Gdyby pan hrabia w ciemności mógł zorientować się w położeniu wyspy, przekonałby się pan, że tego ognia niepodobna zobaczyć ani od strony lądu, ani z Pianosy, wyłącznie od pełnego morza.
— I boisz się, że ten ogień nie najmilsze zwiastuje nam towarzystwo?
— Trzeba nam będzie się o tym przekonać — odrzekł Gaetano, patrząc ciągle na ową ziemską gwiazdę.
— Ale jak się o tym przekonać?