— Nie wiem jeszcze. Będzie to zależało od okoliczności, które podlegają zbiegowi wypadków.
— Chciałbym być w Paryżu, kiedy pan tam przyjedzie. Odwdzięczyłbym się wtedy panu w miarę możliwości za gościnność, jaką pan mi tutaj zaofiarował.
— Przyjąłbym zaproszenie z największą przyjemnością — odrzekł gospodarz — ale niestety, jeżeli przyjadę do Paryża, to pewnie incognito.
Kolacja tymczasem ciągnęła się nadal, a wydawało się, że przygotowano ją jedynie dla Franza; gospodarz zaledwie pokosztował paru wykwintnych potraw, podczas gdy jego niespodziewany gość zajadał wszystko z apetytem, oddając odpowiednie honory tak wspaniałej uczcie.
Na koniec Ali przyniósł wety, a raczej wyjął z rąk posągów koszyki z owocami i położył je na stole. Pomiędzy nimi postawił srebrną, pozłacaną czarkę, z takąż samą przykrywką.
Franza uderzył szacunek, z jakim Ali przyniósł ową czarkę. Uniósł pokrywkę i zobaczył dziwną, zielonkawą maź podobną do konfitur z dzięglu. Nie miał jednak pomysłu, co by to mogło być. Położył przykrywkę z powrotem i spojrzawszy na gospodarza, zobaczył, że ten uśmiecha się, rozbawiony jego rozczarowaniem.
— Nie możesz pan, jak widzę, odgadnąć, cóż to za specjał i to pana intryguje?
— Przyznaję, że tak.
— Otóż te zielone konfitury są ni mniej, ni więcej tylko ową ambrozją, którą Hebe podawała przy stole Jowiszowym.
— Jednak ta ambrozja, przeszedłszy w ludzkie ręce, musiała stracić swoje niebiańskie miano i przybrać jakieś ziemskie. Jakże więc nazywa się po ludzku ten przysmak, do którego zresztą nie czuję wielkiej sympatii?