— Będę pił po turecku — odrzekł Franz.

— I masz pan rację! — zawołał gospodarz. — To dowodzi, że masz pan predyspozycje do wschodniego sposobu życia. O, tylko na Wschodzie ludzie wiedzą, jak trzeba żyć. Co do mnie — dodał z owym właściwym sobie dziwnym uśmiechem, który znów nie uszedł uwagi Franza — gdy tylko załatwię moje sprawy w Paryżu, wyjadę na Wschód, by tam spędzić resztę moich dni. I jeżeli wtedy chciałby mnie pan znów odwiedzić, trzeba mnie będzie szukać w Kairze, Bagdadzie lub Ispahanie.

— Na honor — odparł Franz. — Nic łatwiejszego, bo właśnie zdaje mi się, że mi wyrastają orle skrzydła, dzięki którym mógłbym oblecieć cały świat w jeden dzień.

— Aha, więc haszysz już działa! Rozwiń tedy skrzydła i unieś się w sfery nadludzkie; nie lękaj się niczego, czuwamy nad tobą i gdyby ci nawet skrzydła roztopiły się od słońca jak Ikarowi, uratujemy cię.

Powiedział coś po arabsku do Alego, ten ukłonił się na znak posłuszeństwa i wyszedł, pozostając jednak w pogotowiu na zawołanie.

A we Franzu tymczasem zachodziła szczególna przemiana. Znikało całodzienne znużenie, umysł oczyszczał się z wrażeń, jakie wywołały w nim nadzwyczajne wypadki z tego wieczora — czuł się zupełnie tak, jak podczas tych pierwszych chwil snu, kiedy jesteśmy jeszcze na tyle przytomni, aby wyczuwać, jak ogrania nas sen. Jego ciało nabierało lekkości, jakby uwalniało się od ciężaru, umysł się rozjaśniał, zmysły zyskiwały podwójną władzę. Horyzont przed nim rozciągał się w nieskończoność, ale nie był to ten posępny horyzont, nad którym unosiła się jakaś nieokreślona trwoga — horyzont, jaki widział, nim zapadł w sen; był to horyzont błękitny, przejrzysty, rozległy, przesycony lazurem morza, migotliwymi drobinkami słońca unoszącymi się w powietrzu, wonnym powiewem bryzy; a wśród śpiewu marynarzy, który stworzyłby niebiańską harmonię, gdyby ktoś potrafił przenieść na papier te nuty, wyłaniała się wyspa Monte Christo, już nie jak straszliwa rafa czająca się wśród fal, ale jak zagubiona na pustyni oaza. W miarę, jak łódź się zbliżała, do śpiewu przyłączały się nowe głosy — i z wyspy wznosiły się ku Bogu czarodziejskie, tajemnicze tony, jakby wróżka, na przykład Lorelei, lub czarnoksiężnik, jak Amfion, zapragnęli zwabić tu jakąś duszę albo wznieść miasto.

Na koniec barka przybiła do brzegu, ale tak lekko, jak usta dotykają ust. Wydało się Franzowi, że wstępuje do groty, że widzi ponownie to, co widział przed zaśnięciem — Sindbada, gospodarza rodem z baśni, i Alego, niemego sługę; następnie wszystko zaczęło mu się zacierać i mieszać przed oczyma, jak ostatnie cienie rzucane przez magiczną latarnię, która właśnie gaśnie; i znalazł się po raz wtóry w komnacie z posągami, oświetlonej tylko mdłym blaskiem lampy, jednej z tych, które czuwają wśród nocy nad snem lub rozkoszą.

Były to te same figury o bujnych, lubieżnych kształtach, o magnetycznym spojrzeniu i rozpustnym uśmiechu. Były to Fryne, Kleopatra, Mesalina — owe trzy najznakomitsze kurtyzany.

I wydało mu się, że te trzy posągi połączyły swoją miłość do jednego mężczyzny, i że tym mężczyzną był on; że podeszły do łoża, gdzie spał; ich nogi gubiły się pod długimi białymi tunikami śnieżnej białości, piersi były odsłonięte, włosy opadały falą. Takim pozom ulegali bogowie, ale opierali się święci. Ich wzrok był nieugięty i palący — tak właśnie wąż wpatruje się w ptaka; a Franz poddawał się tym spojrzeniom, sprawiającym mu ból jak zaciśnięte sidła, i napełniających go rozkoszą — jak pocałunek.

Wydało się Franzowi, gdy zamykał oczy po raz ostatni, że w ostatnim spojrzeniu, jakie rzucił wokół, dojrzał czwartą wstydliwą statuę, jak zakrywała swoje wdzięki; a gdy jego oczy były już zamknięte na świat rzeczywisty, otwarły mu się zmysły i zaznał wrażeń, jakich nie zna nikt.