— Do licha! — rzekł Albert. — Myślisz pan, że będziemy biegać po Rzymie jak woźni sądowi?
— Spieszę wykonać rozkazy panów — odparł imć Pastrini. — Uprzedzam jednak, że powóz kosztować będzie sześć piastrów dziennie.
— A ja, kochany panie Pastrini — odpowiedział Franz — ja, który nie jestem milionerem jak nasz sąsiad, uprzedzam, że przyjeżdżam do Rzymu już czwarty raz i znam doskonale ceny powozów wynajmowanych na niedzielę, święta i dni powszednie. Damy i panu dwanaście piastrów za dzień dzisiejszy, jutro i pojutrze, a i tak wpadnie ci ładna sumka.
— Ależ, ekscelencjo!... — próbował oburzyć się imć Pastrini.
— Dobrze, dobrze, drogi gospodarzu — rzekł Franz — bo inaczej ja sam ugodzę się o cenę z twoim affettatore, który jest też i moim; to mój stary przyjaciel, naciągał mnie już nieraz, a w nadziei, że mnie jeszcze kiedyś będzie mógł pookradać, ułoży się za mniejszą cenę niż ta, którą panu proponuję: stracisz pan zarobek i to z własnej winy.
— Niech się ekscelencja nie trudzi — odrzekł imć Pastrini z uśmiechem włoskiego szulera, który przyznaje, że przegrał sprawę. — Postaram się załatwić wszystko jak najlepiej i mam nadzieję, że będziecie panowie zadowoleni.
— Wybornie, oto, co się nazywa mówić do rzeczy.
— Na kiedy życzą sobie panowie powóz?
— Za godzinę.
— Za godzinę będzie czekał przed bramą.