A czego dowód mamy w potopie.

— Mówiłeś pan — rzekł Fernand — że chciałbyś bardzo wydobyć mnie z biedy, a na końcu rzekłeś „ale”...

— A, prawda... aby wyciągnąć cię z nieszczęścia, wystarczy tylko, żeby Dantès nie ożenił się z tą, którą kochasz, a przecież małżeństwo to może nie dojść do skutku nie tylko z powodu śmierci Dantèsa.

— Tylko śmierć ich rozdzieli — rzekł Fernand.

— Rozumujesz jak głupiec, mój przyjacielu — rzekł Caderousse — a Danglars, ten spryciarz, ten frant, ten filut zaraz ci dowiedzie, że pleciesz bzdury. Przekonaj go, Danglars, nie rozczaruj mnie; powiedz mu, że Dantès niekoniecznie musi zginąć, a zresztą szkoda by go było, gdyby umarł, to miły chłopak, ja go lubię. Za twoje zdrowie, Dantès.

Fernand wstał zniecierpliwiony.

— Daj mu spokój — rzekł Danglars, wstrzymując młodzieńca — a choć pijany jak gąbka, wcale się tak bardzo nie myli. Nieobecność równie dobrze rozdziela jak i śmierć, a przypuść na chwilę, że Edmunda i Mercedes dzielą mury więzienne, byliby tak dobrze rozłączeni, jakby to był grobowy kamień.

— Tak, ale z więzienia się wychodzi — rzekł Caderousse, który czepiał się rozmowy resztką przytomności. — A jak ktoś już wyjdzie z więzienia, a jeszcze nazywa się Dantès, to potrafi się zemścić.

— Cóż z tego — mruknął Fernand.

— Zresztą — rzekł Caderousse — za co mieliby Dantèsa wsadzić do kozy? Nikogo nie okradł, nie zabił, nie zamordował.