— O, długo by opowiadać, kochany panie Pastrini — odpowiedział Franz. — Mówisz pan, że Vampa wykonuje swoje rzemiosło w okolicach Rzymu?

— Tak, i to z taką zuchwałością, jak nikt przed nim.

— I policja nie jest w stanie go pojmać?

— Co robić! Ma on konszachty z pastuchami z równiny, rybakami znad Tybru i przemytnikami z wybrzeża. Kiedy go szukają w górach, on jest nad Tybrem; wysyłają tam za nim pogoń — on ucieka na morze; a potem nagle, gdy wszyscy sądzą, że się kryje na wyspie il Giglio, Guanouti lub Monte Christo, zjawia się w Albano, Tivoli lub w Ricci.

— A jak się obchodzi z podróżnymi?

— Mój Boże! Bardzo prosto. Stosownie do odległości, w jakiej znajduje się najbliższe miasto, daje im sześć, osiem lub dwanaście godzin na złożenie okupu. Po upływie terminu daje jeszcze z łaski godzinę; a w sześćdziesiątej minucie, jeśli pieniądze nie nadeszły, wypala porwanemu w łeb albo też pakuje mu sztylet w pierś i koniec.

— No, Albercie — odezwał się Franz. — I co, nadal zamierzasz jechać do Koloseum drogą za murami?

— Naturalnie — rzekł Albert. — Skoro ta droga jest bardziej malownicza...

W tejże chwili wybiła dziesiąta, drzwi się otwarły i wszedł dorożkarz.

— Jaśnie panowie — rzekł — powóz czeka.