Pojechał z nimi przewodnik z hotelu — mieli więc już dwóch.
Niepodobna uniknąć w Rzymie nadmiaru przewodników; oprócz cicerona, który bierze nas we władanie, zaledwie wysuniemy nogę za próg hotelu, a opuszcza dopiero wtedy, gdy wyjeżdżacie, są jeszcze ciceroni specjalni, którzy czyhają przy każdym zabytku historycznym, a powiedziałbym nawet, że przy każdym jego ułamku z osobna; osądź sam, czytelniku, ilu to ciceronów może czekać przy Koloseum, owym zabytku nad zabytkami, monumencie nad monumentami, o którym Martial tak mówi:
„Niech Memfis przestanie nam już zachwalać barbarzyński cud swoich piramid, nie opiewajcie już uroków Babilonu; to wszystko musi ustąpić przed ogromem, jakim jest amfiteatr Cezarów; wszystkie głosy winny się połączyć, by wysławiać tę budowlę”.
Franz i Albert nawet nie usiłowali się uwolnić spod despotycznej władzy ciceronów. Zresztą byłoby to o tyle trudne, że tylko przewodnicy mieli pozwolenie, by chodzić po Koloseum z pochodniami. Nie stawili więc żadnego oporu i zdali się na łaskę i niełaskę przewodników.
Franz znał tę zwyczajową trasę, przebył ją już z dziesięć razy. Ale że towarzysz pierwszy raz wkraczał do budowli Flawiusza Wespazjana, powinienem przyznać — na pochwałę Alberta — że mimo głupiej paplaniny cicerona budowla wywarła na nim ogromne wrażenie. I rzeczywiście — jeśli się tego na własne oczy nie widziało, trudno mieć jakiekolwiek pojęcie o majestacie tych ruin, których wymiary podwajają się jeszcze przy tajemniczej poświacie owego księżyca krajów południowych.
Gdy więc tylko Franz przeszedł w zamyśleniu sto kroków pod portykami wewnętrznymi, zostawił Alberta w rękach przewodników, którzy absolutnie wierni rządzącym tu prawom chcieli pokazać mu w szczegółach Fosę Lwów, Lożę Gladiatorów i Podium — i sam, pozwalając im iść dalej utartą trasą, wdrapał się po na wpół zniszczonych schodach i usiadł po prostu w cieniu kolumny, skąd przez wyłom w murze mógł granitowego olbrzyma objąć wzrokiem w całym jego majestacie.
Franz siedział już prawie kwadrans w cieniu kolumny, obserwując Alberta, który w asyście dwóch ludzi z pochodniami opuszczał właśnie vomitorium. Podobni cieniom snującym się za błędnym ognikiem schodzili stopień po stopniu ku honorowym miejscom westalek; i właśnie wtedy Franzowi wydało się, że w głębi budowli potoczył się nagle kamień oderwany od schodów po drugiej stronie kolumny, pod którą siedział. Nie jest w tym wprawdzie nic szczególnego, że kamień kruszy się pod stopą czasu i spada w przepaść; ale tym razem Franzowi wydało się, że kamień ustąpił pod stopą ludzką i że dociera do niego już nawet odgłos kroków, choć sprawca tego odgłosu czynił wszystko, by go przytłumić.
W istocie po chwili jakiś człowiek z wolna zaczął wyłaniać się z cienia, w miarę jak wstępował po schodach, które kończyły się tuż obok miejsca, gdzie siedział Franz; dolne partie schodów tonęły w coraz głębszej ciemności, wyżej — oświetlał je blask księżyca.
Mógł to być jakiś podróżny, co jak on wolał samotne rozmyślania od czczej gadaniny przewodników, jego obecność przeto nie miała w sobie nic zadziwiającego; lecz wahanie, z jakim nieznajomy wchodził na najwyższe stopnie, jego niecierpliwość, z jaką, stanąwszy już u szczytu schodów, jął nasłuchiwać, dowodziły, że przyszedł tu w jakimś konkretnym zamiarze, i że na kogoś czeka.
Franz schował się instynktownie najlepiej jak mógł za kolumną.