— Aha! Widzę, mój drogi, że jesteś bardzo przezorny!

— Cóż robić! Kto wie, co się może wydarzyć? Być może ja też wpadnę kiedyś w sidła, jak biedny Peppino. Czyż nie będę wtedy potrzebował jakiegoś szczura, aby mi przegryzł parę oczek siatki?

— Krótko mówiąc, czegoś się dowiedział?

— We wtorek odbędą się dwie egzekucje, jak każe zwyczaj przed otwarciem uroczystości karnawałowych. Jeden ze skazanych ma być mazzolato: to nędznik, co zamordował księdza, swego opiekuna — ten nie zasługuje na żadną litość; drugi ma być decapitato, i ma to być właśnie biedny Peppino.

— Dziwisz się, mój drogi? Wzbudzasz trwogę nie tylko w rządzie papieskim, ale i w sąsiednich królestwach; zdecydowano więc ukarać go dla przykładu.

— Ależ Peppino nie należał nawet do mojej bandy, to biedny pasterz, który nie popełnił żadnej innej zbrodni prócz tej, że dostarczał nam żywność.

— To wystarcza, by uznać go za waszego wspólnika. Zresztą widzisz, mój kochany, że mają nawet dla niego pewne względy: zamiast go zamęczyć na śmierć, co ciebie nie ominie, jeśli wpadniesz im kiedyś w ręce — zadowolą się ścięciem mu głowy. Zresztą tak odmienne widowiska będą mogły zadowolić różne gusta widzów.

— Nie licząc tego widowiska, które ja im przygotuję, a którego się ani spodziewają — podjął mieszkaniec Transtevere.

— Mój drogi, daruj — rzekł nieznajomy w pelerynie — ale widzę jednak, że jesteś chyba gotów popełnić jakieś głupstwo.

— Jestem gotów zrobić wszystko, by nie dopuścić do egzekucji na tym biedaku, który wpadł w kłopoty, bo oddawał mi przysługi. Klnę się na Najświętszą Pannę! Miałbym się za tchórza, gdybym nie zrobił czegoś dla tego zacnego chłopca.