Nagle wrzawa ustała, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki — otwarły się drzwi kościoła.

Najpierw ukazało się bractwo pokutników, odzianych w szare worki z otworami tylko na oczy; każdy trzymał w ręku płonącą świecę; na czele kroczył starszy bractwa.

Za pokutnikami szedł człowiek wysokiego wzrostu. Był niemal całkiem nagi, miał na sobie tylko krótkie, płócienne pludry; przy lewym boku wisiał mu w pochwie wielki nóż; na prawym ramieniu dźwigał ciężką, żelazną maczugę.

Był to kat.

Stopy miał obute w sandały przymocowane rzemykami do łydki powyżej kostki.

Za katem postępował najpierw Peppino, a za nim Andrea — w takiej kolejności, w jakiej mieli być straceni.

Obok każdego z nich szło dwóch kapłanów. Skazańcom nie zawiązano oczu.

Peppino postępował krokiem dość pewnym, wiedząc zapewne, że ktoś zajął się jego ocaleniem. Andrea był za to podtrzymywany za ramiona przez księży.

Od czasu do czasu skazańcy całowali krucyfiks, który podawał im spowiednik.

Franz na sam ten widok poczuł, że uginają się pod nim nogi; spojrzał na Alberta. Albert blady jak własna koszula machinalnym ruchem odrzucił cygaro od siebie, chociaż wypalił je zaledwie do połowy.