Zapomnieliśmy powiedzieć, że stangret hrabiego miał na sobie wspaniałe niedźwiedzie futro, a dwaj lokaje stojący z tyłu powozu przebrali się za zielone małpy; kostiumy te świetnie odpowiadały ich figurom, a maski na sprężynach czyniły do przechodniów rozmaite grymasy.

Franz podziękował hrabiemu za tyle uprzejmości; Albert zaś już flirtował, bombardując bukietami karetę pełną rzymskich wieśniaczek, zatrzymaną — podobnie jak ich powóz — w korku.

Na nieszczęście dla Alberta pojazdy znów ruszyły, i podczas gdy skierowali się na plac del Popolo, kareta, która zwróciła uwagę Alberta, pojechała w stronę Pałacu Weneckiego.

— Ach! Mój drogi! — zagadnął Franza. — Nie widziałeś?...

— Czegóż znowu?

— No, tej karocy naładowanej rzymskimi wieśniaczkami?

— Nie.

— Ach, jestem pewien, że tam były prześliczne kobiety.

— Co za szkoda, że jesteś w masce! To był dla ciebie dobry moment, żeby sobie powetować niepowodzenia miłosne.

— To nic — odpowiedział Albert pół żartem, pół serio. — Mam jeszcze nadzieję, że odbiję to sobie podczas karnawału.