— Przysięgam, wodzu, że nie wiem — odpowiedział. — Od godziny już nie słyszałem, żeby się tam coś poruszyło.

— Zapraszam do środka — rzekł Vampa.

Hrabia i Franz weszli po ośmiu stopniach, poprzedzani przez Vampę, który odsunął zasuwę i pchnął drzwi.

I wtedy, przy świetle lampy podobnej do tej, która paliła się w kolumbarium, zobaczyli Alberta: otuliwszy się peleryną, której mu użyczył jeden z bandytów, i skuliwszy się w kącie, spał jak zabity.

— Doprawdy — uśmiechnął się w sobie tylko właściwy sposób hrabia. — Całkiem nieźle jak na człowieka, który miał być rozstrzelany o siódmej rano.

Vampa patrzył na śpiącego z pewnym podziwem; widać było, że bandyta nie był niewrażliwy na taki dowód odwagi.

— Pan hrabia ma słuszność — rzekł. — Taki człowiek musi należeć do pańskich przyjaciół.

Potem podszedł do Alberta i trącił go w ramię:

— Niech ekscelencja raczy się zbudzić!

Albert przeciągnął się, przetarł oczy i spojrzał.