Oczywiście miał zawsze do dyspozycji kucharza pałacowego, a przy nadzwyczajnych okazjach na jego rozkazy był także strzelec hrabiego.
Lokaj ów, obdarzony całkowitym zaufaniem swego młodego pana, położył na stole stos gazet, Albertowi zaś podał plik listów. Albert spojrzał w roztargnieniu na tę różnorodną korespondencję, po czym wybrał z niej dwie perfumowane koperty, na których widać było pismo nakreślone delikatną ręką, rozpieczętował je i przeczytał listy z pewną uwagą.
— Skąd te listy? — zapytał.
— Jeden przyszedł pocztą, a drugi przyniósł lokaj pani Danglars.
— Każ powiedzieć pani Danglars, że przyjmuję miejsce w jej loży... Czekaj, czekaj... Później wstąpisz do Róży; powiesz jej, że skoro zaprasza, po wyjściu z Opery przyjdę do niej na kolację, i zaniesiesz tam sześć butelek wyborowego wina — cypryjskiego, malaga i xeres, a także beczułkę ostryg ostendzkich. Ostrygi weźmiesz u Borela, ale nie zapomnij mu powiedzieć, że to dla mnie.
— O której godzinie jaśnie pan każe podawać do stołu?
— A która teraz?
— Za kwadrans dziesiąta.
— A więc podasz o wpół do jedenastej. Debray może będzie musiał pójść do ministerstwa... A zresztą — (Albert popatrzył do notatnika) — na tęże godzinę zaprosiłem hrabiego; dwudziesty pierwszy maja o wpół do jedenastej; chociaż nie liczę bardzo na jego obietnicę, chcę jednak być akuratny. Aha, nie wiesz, czy pani hrabina już wstała?
— Jeśli jaśnie pan sobie życzy, pójdę się dowiedzieć.