— Ależ, panie hrabio — przerwał Morrel.

— Proszę pozwolić mi skończyć, kapitanie... Właśnie dowiedzieliśmy się — ciągnął Albert — o tak bohaterskim czynie pana kapitana, że choć widzę dziś pana, Maksymilianie, po raz pierwszy, proszę, wyświadcz mi tę łaskę i pozwól, bym przedstawił pana hrabiemu jako mojego przyjaciela.

Przy słowach tych ponownie dało się dostrzec u Monte Christo owo spojrzenie dziwnie nieruchome, ów przelotny rumieniec i lekkie drganie powieki, które zawsze zdradzały u niego poruszenie.

— A, ma więc pan szlachetne serce — rzekł hrabia — tym lepiej.

Ten dziwny komentarz, stanowiący w większym stopniu odpowiedź na własne myśli hrabiego niż na słowa Alberta, zaskoczył wszystkich, zwłaszcza zaś Morrela, który zdumiony spojrzał na Monte Christo. Lecz w głosie hrabiego było zarazem tyle łagodności i — rzec by można — słodyczy, iż nie sposób było się obrazić.

— Dlaczego miałby niby o tym wątpić? — rzekł Beauchamp do Château-Renaud.

— Rzeczywiście — odpowiedział Château-Renaud, który z całym swym obyciem w świecie i jasnością spojrzenia arystokraty przeniknął na wylot wszystko, co tylko w Monte Christo dało się przeniknąć — rzeczywiście Albert nie wprowadził nas w błąd, mówiąc, iż szczególny to człowiek ów hrabia. A co pan o nim sadzi, Morrelu?

— Dalibóg, dobrze patrzy mu z oczu, a i głos ma miły, więc pomimo tej dziwnej uwagi na mój temat podoba mi się.

— Panowie — rzekł Albert — German donosi, że podano już do stołu. Drogi hrabio, pozwól, że cię zaprowadzę.

W milczeniu przeszli do sali jadalnej. Każdy zajął swoje miejsce.