Naszej to łodzi szukali i zdążyli ją właśnie otoczyć. Wśród celników spostrzegłem kilku żandarmów i chociaż zwykle odważny byłem wobec każdego rodzaju wojska, żandarmów bałem się panicznie. Pobiegłem pod pokład, wyśliznąłem się przez bulaj i popłynąłem — pod wodą, wypływając dla zaczerpnięcia oddechu jak najrzadziej; w ten sposób nikt mnie nie zauważył i dostałem się do głębokiego przekopu, łączącego Rodan z kanałem, który prowadzi z Beaucaire do Aigues-Mortes.

Tam byłem już bezpieczny, gdyż mogłem niepostrzeżony przedostać się tym rowem dalej. Dopłynąłem bez przeszkód do kanału. Nie przypadkiem wybrałem tę drogę. Mówiłem już panu hrabiemu, że oberżysta w Nîmes założył na drodze między Bellegarde i Beaucaire austerię.

— A tak, bardzo dobrze pamiętam — rzekł Monte Christo. — Zacny ten mąż, jeśli się nie mylę, był pańskim wspólnikiem.

— Tak, ale jakieś siedem czy osiem lat temu odstąpił austerię byłemu krawcowi z Marsylii, któremu jego rzemiosło przyniosło tylko biedę, chciał spróbować szczęścia na innej drodze. Oczywiście utrzymaliśmy z nim układziki, jakie mieliśmy z poprzednim właścicielem; no i właśnie u tego człowieka zamierzałem poszukać schronienia.

— A jakże się nazywał? — zapytał hrabia, zaczynając słuchać opowiadania jakby z większym zainteresowaniem.

— Kasper Caderousse, a miał ze sobą żonę ze wsi Carconte, którą znaliśmy tylko pod przezwiskiem, jakie nadał jej mąż: Karkontka. Biedna kobiecinka cierpiała na malarię, okropnie ją to wycieńczało. A mąż jej to był istny chłop na schwał, miał ze czterdzieści pięć lat; wiele razy dawał nam w kłopotach dowody przytomności umysłu i odwagi.

— I mówisz pan, że to było w roku...

— 1829, panie hrabio.

— W jakim miesiącu?

— W czerwcu.