„Jakże się ten ksiądz nazywał?” — zapytał niezmordowany jubiler.
„Ksiądz Busoni” — odpowiedziała kobieta.
„Więc to jakiś cudzoziemiec?”.
„Jak mi się zdaje, Włoch z okolic Mantui”.
„Proszę mi pokazać ten brylant — rzekł jubiler. — Niech no jeszcze raz go obejrzę, często źle oceniamy brylanty na pierwszy rzut oka”.
Caderousse dobył z kieszeni maleńkie szagrynowe etui, otworzył i podał jubilerowi. Na widok brylantu, który był wielki jak laskowy orzech, pamiętam to, jakbym to jeszcze widział, oczy Karkontki zabłysły chciwością.
— A co ty o tym myślałeś, mój panie podsłuchiwaczu? — spytał Monte Christo. — Czyś przywiązywał jakąkolwiek wiarę do tej pięknej bajeczki?
— O tak, ekscelencjo. Nie uważałem Caderousse’a za złego człowieka, miałem go zawsze za niezdolnego do zbrodni, a nawet kradzieży.
— Więcej to przynosi zaszczytu twojemu sercu niż doświadczeniu. A znałeś może tego Dantèsa, o którym mówili?
— Nie, ekscelencjo, słyszałem o nim pierwszy raz, a potem tylko ksiądz Busoni wymienił to nazwisko, gdy odwiedził mnie w więzieniu w Nîmes.