Przechodził nad moją głową i słyszałem, jak stopnie trzeszczą pod jego krokami.
Karkontka patrzyła za nim wzrokiem pełnym chciwości; Caderousse odwrócił się do niego plecami i nawet nań nie spojrzał.
Wszystkie te szczegóły, które mi się przypominały dopiero później, wtedy wcale mnie nie uderzały; wszystko, co się działo, było bardzo zwyczajne, pomijając historię diamentu, która mi się wydała dość nieprawdopodobna.
Ponieważ sam byłem wykończony, postanowiłem przespać się parę godzin, aby potem, zaraz jak ucichną żywioły, wyruszyć jeszcze w nocy.
Słyszałem, jak w pokoiku na górze jubiler czynił przygotowania, aby spędzić jak najwygodniej noc; wkrótce zatrzeszczało pod nim łóżko: właśnie się położył.
Oczy zamykały mi się mimo woli, a ponieważ niczego nie podejrzewałem, nawet nie spróbowałem powalczyć przeciw snowi; ostatni raz zerknąłem do kuchni.
Caderousse siedział przy długim stole na drewnianej ławie zastępującej w oberżach krzesła; był odwrócony tyłem do mnie, tak że nie mogłem dojrzeć jego twarzy; a gdyby nawet siedział inaczej, trudno by mi było się jej przyjrzeć, bo chował ją w dłoniach.
Karkontka popatrzyła na niego, wzruszyła ramionami i usiadła naprzeciwko.
W tejże chwili dogorywający płomień ogarnął resztę suchego drzewa, które do tej pory oszczędzał; żywszy blask rozjaśnił ponurą izbę...
Karkontka wpatrywała się w męża, że zaś on siedział bez ruchu, wyciągnęła szponiastą rękę i trąciła go palcem w czoło.