— Masz pan rację, i mogę panu powiedzieć to, co by powiedział ksiądz Busoni: ten, którego ugodziłeś, Villefort, zasługiwał na karę za to, co ci zrobił, a może i za wiele innych rzeczy. Benedetto, jeśli jeszcze żyje, posłuży, jak ci powiedziałem, za narzędzie bożej zemsty, a potem sam zostanie ukarany. A na tobie ciąży naprawdę jeden tylko grzech: dlaczego nie oddałeś tego dziecka matce? W tym tkwi cała twoja zbrodnia, Bertuccio.

— Prawda, panie hrabio, to była prawdziwa zbrodnia, bo zrobiłem tak z tchórzostwa. Gdy już uratowałem to dziecko, powinienem był natychmiast, jak to pan hrabia powiedział, odesłać go do matki. Ale w takim wypadku musiałbym rozpocząć poszukiwania, a wtedy mógłbym ściągnąć na siebie uwagę, a nawet zostać pojmany. A ja nie chciałem umrzeć, chciałem żyć dla bratowej i ze względu na miłość własną, wrodzoną nam wszystkim: pragniemy wychodzić z zemsty cało i zwycięsko. A może zresztą zależało mi na życiu po prostu dlatego, że je kochałem? O, nie jestem tak odważny, jak mój brat!

Bertuccio zakrył twarz rękami, a Monte Christo utkwił weń swój uporczywy, zagadkowy wzrok.

Na chwilę zapadło milczenie, które nocna godzina i miejsce czyniło jeszcze bardziej uroczystym.

— Aby godnie zakończyć tę rozmowę, do której już nie wrócimy — odezwał się hrabia z akcentem niezwykłej dla niego melancholii — zachowaj pan dobrze te słowa w pamięci, a nieraz powtarzał mi je ksiądz Busoni; na wszystkie boleści są dwa lekarstwa: czas i milczenie. A teraz, panie Bertuccio, zostaw mnie samego, chciałbym przejść się po tym ogrodzie. Sceneria, która w tobie budzi tak bolesne wspomnienia, bo sam w niej występowałeś, u mnie wywoła uczucie przyjemne i nada podwójną wartość tej posiadłości. Widzi pan, lubimy drzewa, gdyż rzucają cień, a cień pociąga nas dlatego, że kryją się w nim marzenia i widziadła. Kupiłem ogród z myślą, że kupię po prostu jakiś obszar ziemi, ogrodzony murem, a tu wcale nie: nagle okazuje się, że w ogrodzie aż się roi od zjaw; które bynajmniej nie były objęte kontraktem. A ja lubię zjawy, nigdy nie słyszałem, aby zmarli wyrządzili tyle zła w sześć tysięcy lat, co żywi potrafią zrobić w ciągu jednego dnia. Proszę wracać do domu, mój Bertuccio, i spać spokojnie. Jeśli twój spowiednik nie będzie dla ciebie tak pobłażliwy jak ksiądz Busoni, gdy będziesz umierał, przywołaj mnie, jeśli jeszcze żyć będę, a znajdę dla ciebie słowa, co ukołyszą łagodnie twoją duszę w chwili, gdy będzie gotowa odlecieć w ciężką podróż, którą nazywamy wiecznością.

Bertuccio skłonił się hrabiemu z szacunkiem i oddalił się z westchnieniem.

Monte Christo pozostał sam; postąpił cztery kroki naprzód i szepnął sam do siebie:

— Tu, przy tym platanie pochowano dziecko; tam jest furtka, przez którą wchodzono do ogrodu, tu schodki, które prowadzą do sypialni. Chyba nie muszę tego notować, bo mam tu przecież plan tego wszystkiego, wypukły, żywy plan.

I hrabia, obszedłszy jeszcze raz ogród, skierował się do powozu.

Bertuccio, widząc zamyślenie hrabiego, nie rzekł ani słowa i usiadł na koźle obok stangreta.