— Wiem, mój panie. Ale gdy mam się udać do jakiegoś kraju, najpierw staram się za pomocą własnych metod poznać dobrze ludzi, których mógłbym się lękać lub których mógłbym potrzebować. Udaje mi się poznać ich tak dobrze, jak oni sami się znają, a może nawet lepiej. Dzięki temu jakikolwiek na przykład prokurator królewski, z którym miałbym do czynienia, byłby w większych kłopotach niż ja.
— To by znaczyło — podjął, wahając się, Villefort — że natura człowieka jest słaba i że według pana każdy popełnił... jakiś błąd.
— Błąd... albo zbrodnię — odpowiedział niedbale Monte Christo.
— I że tylko pan jeden pomiędzy ludźmi, których nie uznajesz za braci — dokończył Villefort lekko zmienionym głosem — jesteś doskonały.
— Nie, nie doskonały. Po prostu nieprzenikniony. Ale dajmy temu spokój, jeżeli ta rozmowa nie podoba się panu; ani mnie nie grożą pańskie sądy, ani panu mój podwójny wzrok.
— Ależ nie, nie, mój panie — zawołał żywo Villefort, lękając się zapewne, by go nie posądzono, że ustępuje z pola. — Poprzez swoje błyskotliwe i wysublimowane rozważania wyniósł mnie pan na poziom wyższy od zwyczajnych; my przecież już nie rozmawiamy, ale dysputujemy. Wie pan, ile okrutnych prawd mówią sobie teologowie wykładający na Sorbonie albo filozofowie w swoich dysputach; a więc przypuśćmy, że rozmawiamy właśnie o teologii społecznej i filozofii teologicznej, a powiem panu taką oto przykrą prawdę: bracie mój, duma cię zaślepia, wznosisz się nad wszystkich, ale nad tobą jest jeszcze Bóg.
— Tak, nad wszystkimi, mój panie — powtórzył Monte Christo z taką mocą, że Villefort mimo woli zadrżał. — Dumny jestem wobec ludzi, bo to są węże gotowe rzucić się na tego, kto je przerasta, a jednocześnie nie depcze. Ale dumę moją składam przed Bogiem, co mnie wyciągnął z nicości, abym się stał tym, czym jestem.
— A więc podziwiam pana, hrabio — rzekł Villefort, używając po raz pierwszy w tej dziwnej rozmowie tytułu arystokratycznego, który dotąd stale pomijał, zwracając się do cudzoziemca per pan. — O tak, jeśli jest pan istotnie silny, wybitny, święty lub nieprzenikniony, masz pan prawo być pysznym — to przywilej władzy. Ale przecież musi mieć pan poza tym jakieś ambicje?
— Mam jedną.
— Jaką?