— A więc ten Anglik to może jakiś człowiek wdzięczny waszemu ojcu za jakieś dobrodziejstwo, o jakim ojciec sam dawno zapomniał, i oddał państwu przysługę pod taką przykrywką?
— Wobec takiego wydarzenia wszystko jest możliwe — nawet cud.
— Jakże się ten Anglik nazywał? — zapytał Monte Christo.
— Nie podał nam nazwiska — odparła Julia, wpatrując się w hrabiego z głęboką uwagą — poza tym, którym podpisał list: Sindbad Żeglarz.
— A to oczywiście nie nazwisko, ale pseudonim.
A widząc, że Julia przypatruje mu się jeszcze uważniej, że stara się uchwycić w locie i skojarzyć brzmienie głosu, rzekł:
— Czy to nie był aby mężczyzna mniej więcej mojego wzrostu, może nieco wyższy i nieco szczuplejszy, w halsztuku pod samą brodę? Czy nie był zapięty na wszystkie guziki, ciasno opięty surdutem? Sztywny, jakby kij połknął, zawsze z ołówkiem w ręku?
— O, ale przecież pan go znasz? — zawołała Julia, a oczy jej błysnęły radością.
— Nie, tylko się domyślam. Znałem niejakiego lorda Wilmore, który rozsiewał na wszystkie strony takie szlachetne uczynki.
— I nie chciał się dać rozpoznać?