W tejże właśnie chwili furteczka otwarła się cicho i pojawił się w niej wysoki, silnej budowy młodzieniec, w płóciennej bluzie i aksamitnej kaszkietówce; jednak jego czarne wąsy, broda i nadzwyczaj starannie ułożone włosy kłóciły się z tym ubiorem ludzi prostych. Rozejrzawszy się szybko wokół, jakby się chciał przekonać, czy go kto nie śledzi, wszedł przez furtkę, cicho zamknął je za sobą i szybkim krokiem zbliżył się do bramy.

Na widok tego, którego oczekiwała, ale przecież nie w takim stroju, dziewczyna przelękła się i gwałtownie cofnęła.

Lecz młodzieniec, spojrzeniem przynależnym jedynie zakochanym, zdołał przez szpary w bramie dostrzec jej białą suknię i długą, niebieską szarfę. Podbiegł do przegrody i przyłożywszy usta do szpary, zawołał:

— Valentine, nie lękaj się, to ja.

Dziewczyna zbliżyła się.

— Och, czemu przychodzisz pan dzisiaj tak późno? Czy nie wiesz, że niedługo obiad? Czy nie wiesz, jak wielu wybiegów musiałam użyć, jak się spieszyć, by pozbyć się macochy, która mnie śledzi, służącej, która mnie szpieguje, i brata, który mnie prześladuje, aby móc przyjść tutaj popracować nad haftem? A i tak obawiam się, że zajmie mi on jeszcze dużo czasu. Skoro już wytłumaczysz się ze spóźnienia, powiedz mi też, co oznacza ten strój. O mało, a bym cię nie poznała.

— Kochana — rzekł młodzieniec — moja miłość jest zbyt niegodna ciebie, abym śmiał ci o niej mówić; a jednak ilekroć cię widzę, muszę ci wyznawać, jak cię ubóstwiam, aby echo tych słów pieściło moje serce, gdy cię już opuszczę. Dziękuję ci za te wymówki; sprawiają mi przyjemność, gdyż mówią mi, że o mnie myślałaś, bo nie śmiałbym twierdzić, że na mnie czekałaś. Pytałaś o moje spóźnienie i strój. Powiem ci i mam nadzieję, że zechcesz mi wybaczyć; wybrałem sobie rzemiosło...

— Rzemiosło? Cóż chcesz przez to powiedzieć, Maksymilianie? Czyż jesteśmy już tak szczęśliwi, że możesz sobie pan żartować z tego, co nas dotyczy?

— Ależ niech mnie Bóg broni, bym żartował z tego, co jest moim życiem. Ale zmęczyło mnie nieustanne bieganie po polach i przeskakiwanie murów, przestraszyła też myśl, którą podsunęłaś mi wczoraj wieczór, że twój ojciec mógłby pewnego dnia wziąć mnie za złodzieja — a ubliżyłoby to honorowi całej armii francuskiej. No i przecież ktoś mógłby się w końcu zdziwić, czemu ja, kapitan spahisów, kręcę się tutaj nieustannie, choć nie ma tu najmniejszej twierdzy do zdobycia ani blokhausu, którego można by bronić. Zostałem więc ogrodnikiem i przybrałem strój odpowiedni dla mego stanu.

— Znakomicie! Ależ to szaleństwo!