— E, droga pani, to skrupuły, które rodzą się zupełnie naturalnie w szlachetnych duszach, takich jak twoja, ale logiczne rozumowanie może go szybko wykorzenić. Zło istniejące w człowieku streszcza się w paradoksie Jeana-Jacquesa Rousseau: mandaryn, którego ktoś zabija na odległość pięciu tysięcy mil, kiwnąwszy końcem palca. Życie ludzkie upływa na takich rzeczach, a inteligencja zużywa się na wymyślaniu takich zbrodni. Mało znajdziesz pani takich, co śmiało wbiliby sztylet w serce bliźniego albo takich, co zaaplikowaliby tyle arszeniku, ile mówiliśmy, aby usunąć raz na zawsze danego człowieka z powierzchni ziemi. To rzeczywiście jest ekscentryczność albo głupota. Aby dojść do czegoś takiego, trzeba, żeby krew się zagrzała, aby podniosło się ciśnienie, a dusza pozbyła się zwyczajnych ograniczeń. Ale jeżeli, jak to robią filolodzy, przejdziemy od słowa do eufemizmu, dokonuje pani zwykłej eliminacji: zamiast popełnić niecne morderstwo, po prostu usuwasz sobie z drogi tego, kto ci zawadza — i to bez gwałtu, bez walki, bez zadawania cierpienia, które stając się torturą, czynią z ofiary męczennika, a ze sprawcy kata. A jeżeli nie ma ani krwi, ani jęków, ani konwulsji, a przede wszystkim, jeżeli zabójstwa nie dokonano nagle, w jednej chwili, bo to straszne i kompromitujące — to unikniesz pani sprawiedliwości ludzkiej, która mówi: „Nie zakłócaj spokoju w społeczeństwie!”. Oto, jak postępują — i to skutecznie — ludzie Wschodu, poważni, flegmatyczni, których nie obchodzi czas, jeżeli idzie o ważne sprawy.
— Zostaje sumienie — rzekła pani de Villefort poruszonym tonem, tłumiąc westchnienie.
— O, tak, na szczęście jest jeszcze sumienie, bez którego bylibyśmy bardzo nieszczęśliwi. Po każdym bardziej gwałtownym czynie w sukurs przychodzi nam sumienie, dostarcza nam tysiące wymówek, które rozsądzamy tylko my sami; a te usprawiedliwiające nas wymówki, choć na tyle dobre, że dzięki nim możemy spokojnie spać, okazałyby się niewystarczające przed trybunałem, byśmy mogli ocalić swoje życie. I tak na przykład Ryszardowi IV doskonale przydało się sumienie, gdy zlikwidował dzieci Edwarda IV, mógł sobie rzeczywiście powiedzieć: „te dzieci okrutnego nieubłaganego króla odziedziczyły po ojcu wady, które tylko ja zdołałem dostrzec w ich młodzieńczych skłonnościach; dzieci te zawadzały mi na drodze, po której chcę iść, aby zapewnić szczęście ludowi angielskiemu, który z pewnością spotkałyby przez nie wielkie nieszczęścia”. Tak też się przysłużyło sumienie lady Makbet, która chciała, co by nie mówił Szekspir, zapewnić tron nie mężowi, ale synowi. O, miłość macierzyńska to tak wielka cnota, tak potężny motor, że wszystko usprawiedliwić zdoła. Tak, po śmierci Duncana lady Makbet byłaby niezmiernie nieszczęśliwa, gdyby nie takie sumienie.
Pani de Villefort chciwie podchwytywała te straszliwe maksymy i paradoksy, które głosił hrabia ze swoją szczególną niewinną ironią.
Po chwili milczenia rzekła:
— Czy wiesz, hrabio, że umiesz straszliwie argumentować, a widzisz pan świat w iście widmowych barwach? Czyż ocenił pan tak ludzkość, patrząc przez alembiki i retorty? Ma pan rację, jesteś wielkim chemikiem, a ten eliksir, który podałeś memu synowi, a który tak prędko przywrócił go do życia...
— O, proszę, niech pani zbyt nie ufa temu eliksirowi. Kropla potrafiła przywrócić życie dziecku; ale trzy krople pobudziłyby krążenie krwi tak, że spowodowałoby to nadmierne bicie serca; sześć — wstrzymałoby mu oddech i sprowadziło omdlenie dużo cięższe od tego, w którym się znajdował. Dziesięć kropli zabiłoby go natychmiast. Widziałaś pani, jak żywo wyrwałem mu fiolki, których nieostrożnie dotykał?
— A więc to straszna trucizna?
— E, nie, mój Boże! Zresztą najpierw załóżmy, że wyraz „trucizna” nie istnieje, bo w medycynie stosuje się dużo gwałtowniejsze trucizny, które przecież, jeśli używać ich we właściwy sposób, stają się lekami zbawiennymi.
— A więc co to było?