— O, sprawiłbym wielką przykrość ojcu, gdybym się nie ożenił z panną Danglars.
— Więc się z nią żeń — rzekł hrabia, wzruszając w szczególny sposób ramionami.
— No tak — rzekł Albert — ale wtedy sprawię matce przykrość.
— No to nie żeń się z nią!
— Zobaczę jeszcze, pomyślę, pan, hrabio, nie odmówisz mi rady, prawda? A jeżeli to możliwe, wyciągnie mnie pan z tego kłopotu. O, żeby nie sprawić przykrości mojej wspaniałej mamie, mógłbym poróżnić się z ojcem.
Monte Christo odwrócił się; rzekłbyś, że go to wzruszyło.
— Ej, co ty robisz? Szkic według Poussina? — zwrócił się Albert do Debray’a, który siedział w głębokim fotelu na końcu salonu z ołówkiem w prawej ręce, a notesem w lewej.
— Ja? — odparł spokojnie. — Szkic? O nie, zbyt lubię malarstwo! Nie, nie, zajmuję się czymś przeciwstawnym do malarstwa — robię obliczenia.
— Obliczenia?
— Tak; i pośrednio dotyczy to ciebie, Albercie; obliczam, ile bank Danglarsa mógł zyskać na ostatniej hossie Haiti: w ciągu trzech dni akcje podskoczyły z dwustu sześciu na czterysta dziewięć; nasz przezorny bankier zakupił ich całkiem sporo po dwieście sześć; powinien na tym zyskać ze trzysta tysięcy liwrów.