— Ejże, proszę uważać: tylko co nauczył mnie pan, jak uniknąć zaprosin, które są dla nas nieprzyjemne. Muszę mieć jakiś dowód. Nie jestem na szczęście bankierem, jak pan Danglars, ale — uprzedzam pana — jestem takim samym podejrzliwcem.
— No to dam panu ten dowód — odparł hrabia i zadzwonił.
— Hm, to już drugi raz, jak pan odmawia przyjść na obiad do matki — zastanawiał się głośno Albert. — Musi coś w tym być, hrabio.
Monte Christo drgnął.
— O, na pewno pan tak nie myśli — rzekł — zresztą przybywa oto mój dowód.
Wszedł Baptysta i stanął przy drzwiach z miną oczekującą.
— Nie wiedziałem, że pan dziś do mnie przyjdzie, prawda?
— Do licha, jest pan człowiekiem tak nadzwyczajnym, że nie ręczyłbym za to.
— Ale za to z pewnością nie mogłem przewidzieć, że zaprosi mnie pan na obiad.
— No tak, to raczej prawdopodobne.