— Tak — odparł Andrea, cokolwiek zakłopotany — przebywałem właśnie w południowej Francji.
— Powóz miał na pana czekać w Nicei?
— Tak, panie hrabio. Z Nicei pojechałem do Genui, z Genui do Turynu, z Turynu do Chambery, z Chambery do Pont-de-Beauvoisin, a stamtąd do Paryża.
— No proszę! Ojciec wyznaczył panu tę trasę, bo i sam tamtędy jechał i miał nadzieję, że się spotkacie po drodze.
— Ale nawet gdybyśmy się spotkali, wątpię, czy mój kochany ojciec by mnie poznał. Troszeczkę się zmieniłem od czasu, gdy widzieliśmy się po raz ostatni.
— Ale jest przecież głos krwi — zareplikował Monte Christo.
— Aha, no tak, nie pomyślałem o głosie krwi.
— A teraz jedna tylko rzecz niepokoi markiza Cavalcanti: co pan robiłeś w czasie tej rozłąki? Jak obchodzili się z tobą prześladowcy? Czy przestrzegali względów, jakie ci się należały z uwagi na urodzenie? Czy wreszcie cierpienia duchowe, tysiąckroć gorsze od cierpień fizycznych, nie nadwyrężyły u pana zdolności, jakimi obdarzyła pana natura i czy czujesz się pan w stanie godnie reprezentować w świecie swój ród?
— Panie hrabio — wyjąkał oszołomiony młodzieniec — mam nadzieję, że żadna fałszywa plotka...
— Ależ usłyszałem o panu po raz pierwszy od mego przyjaciela, lorda Wilmore’a, filantropa. Wiem od niego, że znalazł pana w bardzo trudnej sytuacji, nie wiem, o co chodziło, i nie pytałem go o nic, nie jestem wścibski. Zainteresowały go pańskie nieszczęścia, a więc był pan godzien zainteresowania. Powiedział mi, że chce panu zwrócić pozycję, jaką pan stracił, że poszuka pańskiego ojca, że go odnajdzie; i zdaje się, że go znalazł, skoro pański ojciec tu jest. Wreszcie wczoraj uprzedził mnie o pańskim przyjeździe, dając mi jednocześnie pewne instrukcje co do pańskiego majątku; ot, i wszystko. Wiem, że lord to oryginał, ale jest zarazem człowiekiem, na którym można polegać, a bogatym jak kopalnia złota — i może sobie pozwolić na takie dziwactwa bez obawy, że go zrujnują. Toteż obiecałem, że zastosuję się do jego instrukcji. Proszę mi więc nie mieć za złe tego pytania: będę musiał panu nieco patronować i dlatego chciałbym wiedzieć, czy nieszczęścia, których przecież nie jest pan winien i które nie umniejszają w niczym szacunku, jaki do pana żywię, nie sprawiły, że stał się pan w pewnym sensie obcy światu, w którym miał pan zrobić tak świetną karierę dzięki fortunie i nazwisku.