— Mój kochany, gdybym słyszała od ciebie tylko takie argumenty, pomyślałabym, że masz jakieś halucynacje i naprawdę bałabym się o twoje zmysły. Co, naprawdę widzisz w tym spotkaniu coś więcej, niż tylko przypadek? Zastanów się. Mój ojciec nie bywa nigdzie i odmówiłby dziesięć razy, gdyby nie macocha, która aż się pali, żeby zobaczyć, jak mieszka ten nadzwyczajny nabab. Z wielkim trudem nakłoniła go, by poszedł tam razem z nią. O nie, wierz mi, poza tobą nie mam oparcia w nikim — mogłabym go szukać jeszcze tylko u dziadka, który jest żywym trupem, i u matki, która jest w świecie cieni.

— Czuję, że masz rację, logika przemawia za tobą; ale twój łagodny głos, który zawsze tak potężnie na mnie działa, dziś mnie nie przekonał.

— Ty też mnie nie przekonałeś — odparła Valentine — i jeżeli nie masz innych argumentów...

— Mam jeszcze jeden — rzekł z wahaniem Maksymilian — ale muszę sam przyznać, moja kochana, że jest jeszcze bardziej absurdalny niż poprzednie.

— Tym gorzej — roześmiała się Valentine.

— A jednak jest zupełnie oczywisty dla mnie — dla człowieka, który kieruje się instynktem i natchnieniem. Odkąd jestem żołnierzem, czyli od dziesięciu lat, nieraz ocaliłem życie dzięki tym wewnętrznym olśnieniom, które każą nam zrobić krok do przodu lub do tyłu, aby minęła nas kula, co miała nas zabić.

— Najdroższy, a czemu nie przypiszesz tego moim modlitwom? Kiedy tam jesteś, modlę się do Boga i matki już tylko o ciebie.

— No tak, od kiedy się znamy — uśmiechnął się Morrel — a wcześniej?

— Okropny jesteś! Skoro nie chcesz mi niczego zawdzięczać, wróćmy do tego przykładu, który sam uważasz za niedorzeczny.

— No, to popatrz przez szparę. Widzisz? Tam, przy drzewie, stoi mój nowy koń, na którym dziś przyjechałem.