Valentine nauczyła się więc rozumieć myśli starca i przekazywać mu swoje; a dzięki tym starannym analizom rzadko się zdarzało, przynajmniej jeśli chodzi o sprawy codzienne, by nie odgadła dokładnie jego życzeń lub potrzeb.
Stary sługa służył swojemu panu — jak już mówiliśmy — od dwudziestu pięciu lat i znał tak dobrze jego nawyki, że Noirtier niemal nigdy nie musiał go o nic prosić.
Villefort nie potrzebował jednak pomocy ani córki, ani służącego, aby przeprowadzić z ojcem zamierzoną rozmowę. Znał dobrze, jakeśmy powiedzieli, mowę starca, a jeśli z nim nie rozmawiał, to dlatego, że go to nudziło lub przez obojętność.
Pozwolił więc, by Valentine zeszła do ogrodu, odprawił sługę, usiadł po prawej stronie ojca (pani de Villefort zasiadła po lewej) i rzekł:
— Niech ojca nie dziwi, że Valentine nie przyszła razem z nami i że oddaliłem Barrois. Narada, jaką chcemy z ojcem odbyć, jest takiego rodzaju, że nie powinni być przy niej ani młoda panienka, ani służący. Pragniemy coś ojcu oznajmić.
Podczas tego wstępu twarz Noirtiera pozostała niewzruszona, zaś Villefort zatapiał w nim tak badawcze spojrzenie, jakby chciał mu przeniknąć do głębi duszy.
— Jesteśmy pewni — ciągnął prokurator swoim lodowatym tonem, który zdawał się nie dopuszczać żadnego sprzeciwu — że ci się spodoba to, co ci chcemy zakomunikować.
Wzrok starca pozostał bez wyrazu: słuchał, i tyle.
— Postanowiliśmy wydać za mąż Valentine.
Zapewne więcej emocji niż pan Noirtier okazałby na taką wieść posąg z wosku.