Na koniec, wieczorem, około dziesiątej, gdy Dantès zaczął tracić wszelką nadzieję, dał się na nowo słyszeć hałas, który tym razem zdawał się przybliżać ku drzwiom jego celi. Rzeczywiście, w korytarzu rozległy się kroki i zatrzymały przed drzwiami; ktoś przekręcił klucz w zamku, zgrzytnęły rygle i otwarły się masywne dębowe drzwi: do celi wdarł się nagle oślepiający blask dwóch pochodni. Przy ich świetle Dantès zobaczył połyskujące w mroku szable i karabiny czterech żandarmów. Postąpił dwa kroki naprzód i stanął nieruchomy, zdumiony widokiem eskorty, liczebniejszej niż poprzednio.
— Po mnie przyszliście? — zapytał.
— Tak — odpowiedział jeden z żandarmów.
— Na rozkaz podprokuratora królewskiego?
— Rozumie się.
— Dobrze — rzekł Dantès. — Jestem gotów, idę za wami.
Pewność, że żandarmi przyszli na polecenie pana de Villefort, sprawiała, że biedak nie obawiał się wcale. Uspokojony, beztroski, sam stanął pośrodku swojej straży.
U bramy czekała karetka, obok woźnicy siedział na koźle oficer policji.
— Czy na mnie czeka ten powóz? — zapytał Dantes.
— Tak — odpowiedział żandarm. — Wsiadaj pan.