— Przecież nie chcecie mnie uwięzić. Zamek If jest więzieniem stanu, przeznaczonym jedynie dla przestępców politycznych. A ja nie popełniłem żadnej zbrodni. Czy jest tam jaki sędzia śledczy albo inny sądownik?

— Jak mi się zdaje, nie ma — odpowiedział żandarm. — Jest tylko komendant, dozorcy, garnizon i grube mury. No, no, bracie, nie udawaj tak bardzo zdziwionego, bo gotów jestem pomyśleć, że za uprzejmość odpłacasz mi szyderstwem.

Dantès niemal zgniótł żandarmowi rękę w uścisku.

— Sądzisz więc pan, że mnie wiodą do zamku, aby mnie tam uwięzić?

— To prawdopodobne — rzekł żandarm — ale, bratku, mimo to nie powinieneś mi tak mocno ściskać ręki.

— Bez śledztwa i formalności?

— Śledztwo jest przeprowadzone, a formalności wypełnione.

— Więc mimo obietnicy pana Villefort...

— Ja tam nie wiem, czy ci pan de Villefort przyrzekł co, czy nie — rzekł żandarm wiem tylko, że płyniemy do zamku If! Co to! Bracie, co robisz? Hej, do mnie!

Jednym nagłym jak błyskawica ruchem Dantès porwał się, aby skoczyć w morze, ale wprawne oko żandarma spostrzegło zawczasu ten ruch i cztery potężne dłonie wstrzymały go w chwili, gdy odbił się już stopami z łodzi.