— Wybornie! Był u mnie dziś rano z bonem na czterdzieści tysięcy, płatnym na okaziciela na pański kredyt, a wystawionym przez księdza Busoni. Oczywiście natychmiast wyliczyłem mu te czterdzieści tysięcy.
Monte Christo skinął głową na znak aprobaty.
— Ale na tym nie dosyć. Otwarł u mnie kredyt dla syna.
— Ile, jeśli wolno spytać, dla niego przeznaczył?
— Pięć tysięcy franków na miesiąc.
— To znaczy sześćdziesiąt tysięcy na rok. Domyślałem się — tu hrabia wzruszył ramionami — że ci Cavalcanti to ostrożnisie! Co ma ten chłopak zrobić z pięcioma tysiącami na miesiąc?
— Ale rozumie pan, że jeśli będzie potrzebował paru tysięcy więcej...
— Nie radzę, ojciec nie przyjmie tego na swój rachunek. Nie zna pan jeszcze tych milionerów zza Alp, to prawdziwe harpagony. A któż mu otwarł u pana ten kredyt?
— Bank Fenzi, jeden z najlepszych we Florencji.
— Bynajmniej nie mówię, że pan stracisz, ale nie przekraczaj pan sumy, na którą opiewa list.