Milady z żelazną wytrwałością wracała ciągle do swego założenia.
D‘Artagnan sądził, że będzie bardzo sprytny i przebiegły, gdy doradzi milady odstąpić od zamiaru zemsty i przebaczyć zupełnie hrabiemu de Wardes. Na samą o tem wzmiankę, młoda kobieta trząść się zaczęła i odsunęła się od niego.
— Czyżbyś się bał, kochany d‘Artagnanie?... — rzekła głosem cierpkim i drwiącym, który dziwnie zabrzmiał w ciemności.
— Nie myślisz tego, co mówisz, duszo moja droga!... — odrzekł d‘Artagnan — a gdyby wypadkiem hrabia de Wardes nie był tyle winnym, jak sądzisz?
— W każdym razie — rzekła milady poważnie — znieważył mnie i przez to samo zasłużył na śmierć.
— Więc umrze, kiedyś go na śmierć skazała!... — mówił d‘Artagnan serjo, tak że milady znów uwierzyła w poświęcenie prawdziwe.
Zaraz też przysunęła się do niego. Nie możemy zaręczyć, jak długą ta noc wydała się milady; lecz d‘Artagnan myślał, że najwyżej parę chwil był u niej, gdy dzień zaświtał przez szpary okiennic i powoli rozjaśnił bladem światłem całą alkowę.
Wtedy milady, widząc, że d‘Artagnan zamierza odejść, przypomniała mu obietnicę pomszczenia jej i zabicia hrabiego de Wardes.
— Gotów jestem to uczynić — rzekł d‘Artagnan — lecz chciałbym być jeszcze pewnym jednej rzeczy?
— Czego?... — zapytała milady.