— Chwilkę, panowie, chwileczkę, niech Grimaud sprzątnie nakrycie.
— Oho! — zawołał Aramis — otóż punkciki czarne i czerwone powiększają się nader widocznie; podzielam zdanie d‘Artagnana; sądzę, że nie trzeba tracić czasu.
— Na uczciwość — rzekł Athos — nie mam już nic przeciw rejteradzie; założyliśmy się o godzinę, siedzieliśmy półtorej; nie opieram się zatem; wychodźmy, panowie, wychodźmy.
Grimaud już ich wyprzedził z nakryciem w koszu.
Czterech zuchów podążyło za nim i byli już kawałek drogi.
— A! do djabła, — krzyknął Athos — cośmy uczynili najlepszego?
— Zapomniałeś czego? — zapytał Aramis.
— A sztandar, na Boga! nie trzeba zostawiać swojej chorągwi, choćby ta chorągiew była jedynie serwetą.
Athos puścił się pędem z powrotem, dopadł bastjonu, wdrapał się na platformę i zerwał sztandar, ale roszelczycy zbliżyli się już na odległość strzału i dali ognia strasznego do człowieka, który, jakby dla przyjemności, wystawiał się na strzały. Możnaby rzec, iż czary jakieś osłaniały Athosa, kule świstały dokoła niego, a żadna ani drasnęła. Athos potrząsł sztandarem, zwracając się tyłem do załogi miasta, a salutując wojsko w obozie.
Z dwóch stron wielki krzyk powstał; z jednej strony był to okrzyk wściekłości, z drugiej uwielbienia.