— O!... nie... nigdy! — zawołał Planchet — nigdy nie odstąpię pana d‘Artagnana.
I w tej chwili d‘Artagnan poczuł, że Planchet wsuwa mu bilecik do ręki. Uszczęśliwiony, miał ochotę uściskać wiernego sługę, jak to zrobił, gdy go wyprawiał; lecz zląkł się, aby taka publiczna oznaka czułości dlalokaja nie wydała się podejrzana przechodniom i zostawił to na później.
— Mam list w ręku! — rzekł do przyjaciół.
— Chodźmy do siebie i przeczytamy — odparł Athos.
Bilet ten palił dłoń d‘Artagnana i chciał pośpieszać co prędzej; lecz Athos wziął go pod rękę i młodzieniec musiał iść równie powoli, jak jego towarzysz.
Nakoniec weszli do namiotu; zapalono lampę, Planchet stanął przy drzwiach, aby nikt nie przeszkodził, d‘Artagnan zaś ręką drżącą złamał pieczęć i otworzył list, tak oczekiwany.
Zawierał on tylko pół wiersza pisma prawdziwie angielskiego i prostoty prawdziwie spartańskiej.
„Thank you, be easy”.
Co znaczyło:
„Dziękuję, bądźcie spokojni”.