— Nie tak jednak, jak kobiety, o ile mi się zdaje — odparł Porthos — gdyż mogę powiedzieć, iż stałem się pani ofiarą, kiedy ranny, umierający widziałem się opuszczony przez chirurgów; ja, potomek znakomitego rodu, który polegałem na przyjaźni twojej, omało nie umarłem z ran, a następnie z głodu w podłej oberży w Chantilly, i to bez słówka odpowiedzi na palące moje listy...

— Ależ panie Porthosie — szepnęła notarjuszowa, czując się winną według pojęć wielkoświatowych z owego czasu.

— Który poświęciłem dla ciebie baronowę...

— Wiem o tem.

— Hrabinę...

— Panie Porthosie!

— Księżnę...

— Panie Porthosie, bądź wspaniałomyślny!...

— Masz pani słuszność, nie będę już kończył...

— To mąż mój ani chciał słyszeć o pożyczce...