— Tak, tak — rzekła milady — list jest stanowczy. Czy wiesz, co to za przestroga?
— Nie. Domyślam się tylko, że pewnie uprzedził królową o nowej jakiej machinacji kardynała.
— Tak, to najpewniej! — rzekła milady, spuszczając głowę w zamyśleniu.
Naraz usłyszały — tętent konia, pędzącego galopem.
— O!... — krzyknęła pani Bonacieux, biegnąc do okna — czyż to już on przybywa?
Milady leżała w łóżku, obezwładniona niespodzianką; od nawału wrażeń, wypadków nieoczekiwanych, nawet jej się w głowie pomieszało!
— On!... on!... — mruczała — czyżby naprawdę? — i leżała z oczami w sufit utkwionemi.
— Niestety!... to nie on — odezwała się pani Bonacieux — to jakiś mężczyzna nieznajomy zbliża się do klasztoru; tak, zatrzymuje konia przed bramą, dzwoni....
Milady wyskoczyła z łóżka.
— Jesteś pewna, że to nie on?... — zapytała.