— Nie ma go, a gdy wprowadzę panią do jego mieszkania, zabiorę klucz ze sobą.
— A jeżeli powróci?
— Nie powróci; wreszcie, powiem mu, że przyprowadziłem kobietę, i że ta kobieta u niego się znajduje.
— Ależ to mnie może straszliwie skompromitować!
— Cóż to panią obchodzi?... nikt pani nie zna; zresztą znajdujemy się w takiem położeniu, iż nie zważa się na żadne konwenanse.
— Chodźmy więc do pańskiego przyjaciela. Gdzież on mieszka?
— Przy ulicy Feron, stąd parę kroków.
— Chodźmy.
I puścili się w drogę. Jak przewidział d’Artagnan, Athosa nie było w domu; wziął więc klucz, który dawano mu zwykle, jako przyjacielowi domu, wszedł na piętro, i wprowadził panią Bonacieux do mieszkanka, znanego nam już z opisu.
— Jesteś pani, jak u siebie — powiedział jej — zamknij drzwi od wewnątrz i nie otwieraj nikomu, dopóki nie usłyszysz pukania trzykrotnego w ten sposób: uważaj pani. — I zapukał trzy razy: dwa razy szybko i dość mocno, a trzeci raz po niejakiej przerwie i znacznie lżej.