— Słowo szlacheckie!

— Więc daj mi pan rękę i chodźmy.

D’Artagnan podał jej ramię, na którem oparła się na wpół roześmiana, na wpół drżąca, i udali się oboje w górę ulicy de la Harpe.

Doszedłszy tam, młoda kobieta zawahała się widocznie, tak samo, jak na ulicy Vaugirard. Musiała bramy domów poznawać po jakichś znakach, podchodząc ku nim.

— Teraz panie — rzekła — tutaj właśnie mam czynność do załatwienia; tysiączne dzięki za twoje zacne towarzystwo, które uchroniło mnie od wszelkich niebezpieczeństw, na jakie, idąc sama, byłabym wystawiona. Nadeszła chwila dotrzymania danego mi słowa, przyszłam na miejsce przeznaczenia.

— I nie będziesz pani miała żadnej obawy, powracając?

— Obawiać się mogę tylko złodziei.

— Czyż to nie dość?

— Cóżby mi zabrać mogli? szeląga przy sobie nie mam.

— Zapominasz pani o chusteczce z herbami haftowanemi.