— Tak, niezawodnie — odparł d’Artagnan, który nigdy był nigdy w stanie wpakować sobie do głowy najpierwszych zasad łaciny, czem do rozpaczy przywodził nauczyciela swego — tak, zapewne, muszą być jakieś wiersze, które się do tego stosują.
— Z pewnością, że są — odparł pan de Tréville, który miał pociąg do literatury — cytował mi je niedawno pan de Beuserade... Zaraz, zaraz... poczekaj... A! wiem już:
...Timeo Danaos et dona ferentes.
Co ma znaczyć: „Nie dowierzaj nieprzyjacielowi, nawet gdy cię obdarza”.
— Djament ten nie od nieprzyjaciela, lecz od królowej pochodzi — rzekł na to d’Artagnan.
— Od królowej! o! o!... — odezwał się Tréville. — W istocie to klejnot prawdziwie królewski, wart tysiąc pistolów, jak jeden grosz. Przez kogóż kazała ci go doręczyć?
— Sama mi go dała.
— Gdzie?...
— W gabinecie przyległym do pokoju, w którym zmieniała ubranie.
— W jaki sposób?