— Ani słówka. Wczoraj wyprawiłem drugą odezwę, gorętszą jeszcze od poprzedniej. Lecz, skoro cię widzę, najdroższy, pomówmy o tobie. Przyznaję, iż zaczynałem niepokoić się o ciebie.
— Ale twój gospodarz dobrze się z tobą obchodzi widocznie — mówił d’Artagnan, wskazując pełne rondle i próżne butelki.
— Ujdzie od biedy! ujdzie!... — odparł Porthos. — Kilka dni temu przyniósł mi gbur rachunek, ale go razem z nim za drzwi wyrzuciłem, w ten sposób jestem tu, jakby na prawach zwycięzcy, albo zdobywcy. Widzisz też, że bojąc się zostać wyparty ze stanowiska, trzymam się ciągle pod bronią.
— Jednakże — śmiejąc się, zauważył d’Artagnan — zdaje mi się, że od czasu do czasu robisz wycieczki.
I wskazał palcem na rondle i butelki.
— Niestety! to nie ja!... Nędzne zwichnięcie trzyma mnie w łóżku; Mousqueton się tylko wymyka i znosi żywność. Mousquetonie, mój miły — mówił Porthos, zwracając się do pachołka — widzisz przecie, że przybyły nam posiłki, trzeba przysporzyć prowiantów.
— Mousquetonie — odezwał się d’Artagnan — musisz mi wyświadczyć przysługę.
— Jaką, proszę pana?
— Udziel Planchetowi swoich wiadomości i przepisów, bo mogę i ja kiedyś znaleźć się oblężonym, a nie gniewałbym się wcale, gdybym wtedy używał wygód, jakiemi pana swojego otaczasz.
— O! Boże, nic łatwiejszego, proszę pana. Potrzeba do tego tylko trochę sprytu i wprawy. Wychowałem się na wsi, a ojciec mój, w chwilach wolnych od zajęć, polował na cudzych gruntach.