— Wpuść tu więźnia — odezwał się kardynał.
Bonacieux znowu został wprowadzony, oficer zaś na znak kardynała wyszedł.
— Oszukałeś mnie!... — surowo rzekł kardynał.
— Ja?... — wykrzyknął Bonacieux — ja miałbym oszukać waszą eminencję?...
— Żona twoja, idąc na ulicę Vaugirard i de la Harpe, wcale nie do kupców płótna wstępowała.
— Boże sprawiedliwy! a gdzież chodzićby mogła?...
— Do księżnej de Chevreuse i księcia de Buckingham.
— Tak — rzekł Bonacieux, przypomniawszy sobie wszystko — tak, wasza eminencja ma słuszność. Nieraz ja jej mówiłem, że to dziwnie, aby kupcy płótna w takich domach mieszkali, gdzie żadnych nie ma szyldów, a ona wtedy się śmiała. O!... monsiniorze — wołał Bonacieux, rzucając się do nóg eminencji. — O! prawdziwie wielkim kardynałem jesteś, człowiekiem genjuszu, którego świat cały uwielbia!...
Jakkolwiek drobnym był triumf, odniesiony nad istotą tak pospolitą, jak Bonacieux, ucieszył on jednak kardynała na chwilę. Naraz nowa myśl widocznie zaświeciła w jego umyśle, uśmiech przebiegł mu po ustach, i, podając rękę kramarzowi, wyrzekł:
— Powstań, przyjacielu, dobry z ciebie człowiek.