Był on, powtarzamy, piękny, młody, odważny na wszystko; mówił o miłości, jak człowiek rozkochany i spragniony kochania; było to więcej, niż potrzeba, ażeby zawrócić dwudziestotrzyletnią główkę, a pani Bonacieux znajdowała się właśnie w tym szczęśliwym okresie życia.
Jakkolwiek małżonkowie od tygodnia już przeszło nie widzieli się z sobą, a w ciągu tego czasu wypadki ważne stanęły pomiędzy nimi, powitali się wszelako z pewnem roztargnieniem; niemniej jednak pan Bonacieux okazał radość niekłamaną i przyjął żonę z otwartemi rękami. Pani Bonacieux podała mu do pocałowania czoło.
— Pomówmy trochę — rzekła ona.
— O czem?... — zapytał zdziwiony Bonacieux.
— Tak... coś bardzo ważnego mam ci do powiedzenia.
— Co prawda, i ja też mam zadać ci kilka poważnych pytań. Wytłumacz mi, proszę, swoje porwanie.
— Nie o to idzie... jak na teraz przynajmniej — odparła pani Bonacieux.
— A o cóż chodzi? o moje uwięzienie?
— Dowiedziałam się o niem od razu; lecz ponieważ nie byłeś winny żadnego występku, ani też żadnej intrygi i nie wiedziałeś o niczem, coby mogło ciebie lub kogokolwiek skompromitować, więc też nie przywiązywałam większej wagi do tego wypadku, niżby na to zasługiwał.
— Łatwo ci tak mówić, moja pani! — odparł Bonacieux, urażony tym brakiem współczucia — a czy wiesz, że siedziałem dzień jeden i noc w podziemnem więzieniu w Bastylji?...