— A! mój Boże! — szepnęła pani Bonacieux — nic już nie usłyszymy.
— Przeciwnie — odparł d’Artagnan — i to daleko lepiej.
Odsunął taflę z posadzki, która tworzyła z pokoju jego coś na kształt ucha Djonizjuszowego, rozpostarł na ziemi dywan, ukląkł na nim, dając znak pani Bonacieux, aby również, jak on, pochyliła się nad otworem.
— Przekonany jesteś, że nie ma tam nikogo? — rzekł obcy mężczyzna.
— Ręczę za to — odrzekł Bonacieux.
— I myślisz, że twoja żona?...
— Powróciła do Luwru.
— Nie widząc się z nikim, prócz z tobą?
— Jestem tego pewny.
— W tem grunt... rozumiesz?