— Pędzę do Luwru, wywołuję panią Bonacieux, powiem jej, że się namyśliłem, dostaję list i lecę z nim do kardynała.
— To śpiesz się! ja tu powrócę wkrótce, aby się dowiedzieć, coś uczynił.
I wyszedł.
— Podły! — rzekła pani Bonacieux, i tę nazwę jeszcze stosując do męża.
— Cicho!... — odezwał się d’Artagnan, coraz mocniej ściskając jej rączkę.
Naraz, straszny ryk przerwał uwagę dwojga młodych ludzi.
Był to głos małżonka pani Konstancji, który, dostrzegłszy zniknięcie trzosa, darł się na całe gardło, że go okradziono.
— O! Boże!... — zawołała pani Bonacieux — gotów całą dzielnicę poruszyć.
Długo krzyczał Bonacieux; lecz hałasy podobne, dlatego że często się powtarzały wówczas, nikogo już nie zwabiały na ulicę Grabarzy, a przytem dom kramarza nie tęgą już miał reputację.
Widząc więc, że nikt nie przybywa, wybiegł z domu, krzycząc nieustannie i słychać już tylko było głos jego, oddalający się w kierunku ulicy du Bac.