— Cóż to ma znaczyć, panie kardynale? — zapytał go król surowo.
— To znaczy, Najjaśniejszy Panie — odparł tenże — iż pragnąłem, aby królowa przyjęła ode mnie te zapinki, a nie śmiąc ofiarować ich sam, uciekłem się do tego sposobu.
— Tem więcej wdzięczna jestem waszej eminencji — odrzekła królowa z uśmiechem, dowodzącym, iż nie dała się złapać na tę tak mądrze obmyślaną grzeczność kardynała — a przekonana jestem, iż dwie te zapinki więcej cię kosztują, niż tamte dwanaście Jego Królewską Mość kosztowały.
Pożegnawszy następnie króla i kardynała, skierowała się w stronę pokoju, w którym się ubierała i gdzie miała się rozebrać.
Cała uwaga, jaką przy zaczęciu tego rozdziału zmuszeni byliśmy zwrócić na dostojne osobistości, przez nas wprowadzone, oddaliła nas na chwilę od tego, któremu Anna Austrjacka zawdzięczała swój niesłychany triumf, jaki odniosła nad kardynałem.
Człowiek ten, zapomniany, nieznany, zamieszany w tłumie, zalegającym jedno z wejść do sali, przypatrywał się stamtąd scenie, zrozumiałej dla czterech jedynie osób: króla, królowej, jego eminencji i dla niego.
Królowa powróciła do swego pokoju, d’Artagnan zaś gotował się do odejścia, gdy uczuł na ramieniu lekkie dotknięcie.
Obejrzał się i spostrzegł młodą kobietę, dającą mu znak, aby szedł za nią.
Twarz jej była ukryta pod czarną aksamitną maską, lecz pomimo tej ostrożności, przedsięwziętej raczej dla innych, niż dla niego, poznał od razu zwykłą przewodniczkę swoją, zręczną i dowcipną panią Bonacieux.
W przeddzień zaledwie spojrzeć na siebie mogli w loży szwajcara Germana, dokąd d’Artagnan wywołać ją kazał.