— A! jesteś nareszcie! — zawołał d’Artagnan.
— Cicho — rzekła młoda kobieta, kładąc rączkę swą na ustach młodzieńca — cicho! i wychodź, którędy przyszedłeś.
— Lecz gdzie i kiedy znowu cię ujrzę? — gorączkowo zagadnął d’Artagnan.
— Powie ci to bilecik, który, wróciwszy, zastaniesz u siebie. Odejdź już, odejdź!
To mówiąc, otworzyła drzwi, prowadzące na korytarz, i wypchnęła go z gabinetu.
Posłuszny był jak dziecko, bez najmniejszego oporu i trudności, co dowodzi, że naprawdę był zakochany.
Rozdział XXIII. Schadzka
D’Artagnan pędem powrócił do siebie, a chociaż było już po trzeciej po północy i najgorsze dzielnice Paryża miał do przebycia, nie wydarzyło mu się jednak nic złego.
Wiadomo, iż jest jakiś bożek, strzegący pijaków i zakochanych.
Zastał drzwi wchodowe uchylone, wszedł na schody i zapukał leciutko, w sposób, umówiony pomiędzy nim a służącym.